Historia pewnej flagi – o upadku Singapuru w roku 1942

Zwiedzając kilka lat temu Imperial War Museum w Londynie moją uwagę przykuła flaga brytyjska, znajdująca się pośród eksponatów zgromadzonych na wystawie obejmującej II wojnę światową. Oprawiony w ramę Union Jack był umieszczony na ścianie, a jego poszarzałe barwy i ślady uszkodzeń wskazywały na znaczny wiek oraz niełatwe losy tej pamiątki.

Flaga Wielkiej Brytanii, niemy świadek dwóch kapitulacji podpisanych w Singapurze – brytyjskiej w lutym 1942 r. i japońskiej we wrześniu 1945 r., która zakończyła okres okupacji Azji Południowo-Wschodniej przez Cesarstwo Japońskie. Eksponat ten, sfotografowany w czerwcu 2019 r., znajduje się w zbiorach Imperial War Museum (IWM) w Londynie. Fot. własne

Zamieszczony obok flagi opis wyjaśniał jej pochodzenie oraz przybliżał burzliwe wydarzenia sprzed 80 już lat, które stały się jej udziałem.

Oficjalna kapitulacja wojsk japońskich w Azji Południowo-Wschodniej miała miejsce w Budynku Urzędu Miejskiego w Singapurze w dniu 12 września 1945 r.
Na końcu ceremonii na budynku zatknięto tę oto Flagę Unii. W lutym 1942 roku tę samą flagę niosła ze sobą brytyjska delegacja, która dokonała kapitulacji Singapuru przed Japończykami. Flaga ta była następnie trzymana w ukryciu przez brytyjskich oficerów znajdujących się w więzieniu Changi, aby zostać ponownie podniesiona, kiedy Japończycy zostaną pokonani.

Ten niezwykle cenny historycznie przedmiot przywołał w pamięci sceny, które można było obejrzeć w bardzo popularnym przed laty programie „Sensacje XX wieku”, prowadzonym przez Bogusława Wołoszańskiego. W odcinkach traktujących o początkach wojny na Pacyfiku, naznaczonej licznymi podbojami dokonanymi w oszałamiającym tempie przez wojska japońskie, nie zabrakło też historii upadku Singapuru.

Singapur, 15 lutego 1942 r. Brytyjska delegacja w drodze na rozmowy kapitulacyjne. Od lewej do prawej:
mjr Cyril Wild (z białą flagą), brygadier T. K. Newbigging (z flagą Wielkiej Brytanii), ppłk. Ichiji Sugita, brygadier K. S. Torrance i gen. Arthur Ernest Percival, dowódca wojsk brytyjskich na Półwyspie Malajskim.
Źródło: Wikimedia Commons / Imperial War Museums (Public Domain)

To wydarzenie z lutego 1942 r. było ogromnym ciosem dla Wielkiej Brytanii z kilku powodów. Wchodzący w skład brytyjskich kolonii Singapur, zwany „Gibraltarem Wschodu”, był najpotężniejszą bazą morską w Azji Południowo-Wschodniej, o strategicznym znaczeniu dla aliantów. Kapitulacja Singapuru była też największą w dziejach klęską wojsk brytyjskich, która mocno nadszarpnęła prestiż Londynu w regionie. Do niewoli trafiło blisko 80 tys. żołnierzy Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Część z nich nie przeżyła brutalnego traktowania ze strony Japończyków oraz niewolniczej pracy w trudnych tropikalnych warunkach. Dramat ten obrazuje los australijskiej 8 Dywizji Piechoty, której personel w większości znalazł się w niewoli. Blisko jedna trzecia spośród 15 tys. Australijczyków jej nie przeżyła. Katastrofa była o tyle większa i tym bardziej niezrozumiała nawet dla samego Winstona Churchilla, gdyż Japończycy dysponowali dużo mniejszymi siłami. Do ataku skierowano bowiem 36 tys. japońskich żołnierzy, podczas gdy siły obrońców liczyły blisko 85 tys. wojskowych.

Wzięci do niewoli żołnierze brytyjskiego Suffolk Regiment.
Źródło: Wikimedia Commons (Public Domain)

Opracowania, które podejmują temat singapurskiej klęski, wskazują na dwa główne powody. Jednym z nich było powierzenie obrony regionu drugorzędnym jednostkom, którym brakowało odpowiedniego sprzętu. Jako, że Wielka Brytania toczyła zaciekłą wojnę z Niemcami, toteż priorytet w przydziale zasobów wojennych miały wówczas dostawy idące na Bliski Wschód oraz do ZSRR. Drugim powodem były błędne założenia, jakie gen. Arthur Percival, dowodzący obroną Malajów i Singapuru, przyjął w kwestii kierunku japońskiego ataku.

Dużo bardziej krytyczny w ocenie przyczyn był Geoffrey Regan. Ten brytyjski historyk w swej książce z 1991 r. zatytułowanej „Błędy Militarne” (tytuł ang. The Guinness Book of Military Blunders) jako źródło wskazał uprzedzenia żywione względem Japończyków. Dobitnie obrazuje to poniższa relacja marszałka brytyjskiego lotnictwa Roberta Brooke-Pophama, któremu podczas pobytu w Chinach w 1940 r. pokazano grupę japońskich jeńców.

„… zobaczyłem z bardzo bliska jakieś dziwne okazy przypominające ludzików, ubrane w brudne i szare mundury; powiedziano mi, że są to żołnierze japońscy. Jeżeli tak wygląda japońska armia, to wyżywienie i zakwaterowanie jej jest chyba proste, ale nie wyobrażam sobie, aby jej żołnierze grzeszyli inteligencją i umieli walczyć.”

Marszałek fatalnie pomylił się też w ocenie samolotów, którymi dysponował, stwierdzając, że myśliwce Brewster Bufallo „Jak na Malaje, są całkiem dobre”. Maszyny te spisywały się co prawda imponująco w rękach fińskich pilotów dziesiątkujących lotnictwo radzieckie, to jednak były przestarzałe na tle nowoczesnych konstrukcji japońskich, a zwłaszcza w porównaniu do słynnego Mitsubishi Zero. Gdy Japończycy wyeliminowali z walk o Singapur samoloty alianckie, to Brytyjczycy doznali niemal szoku, stwierdzając przy tym, iż wrogie maszyny musiały być zbudowane i pilotowane przez Niemców.

Myśliwce Brewster Buffalo amerykańskiej produkcji należące do dywizjonów RAAF na lotnisku Sembawang
w północnej części Singapuru w październiku 1941 r. Samoloty aliantów ustępowały liczebnością i osiągami maszynom japońskim, które szybko osiągnęły całkowitą przewagę powietrzną.
Źródło: Wikimedia Commons / Imperial War Museums (Public Domain)

Z nonszalancją wobec zbliżającej się walki z siłami japońskimi wyrażał się w grudniu 1941 r. też gen. Percival. Uwagi ze strony podległego mu brygadiera Ivana Simsona, szefa wojsk inżynieryjnych domagającego się budowy umocnień w celu ochrony twierdzy przed natarciem od strony lądu, generał podsumował następująco.

„Myślę, że obrona, jaką zamierza pan zbudować, może tylko osłabić morale żołnierzy i cywili.”

Konsekwencją takiego podejścia była największa w historii Wielkiej Brytanii kapitulacja jej wojsk, co było istnym blamażem dumnego Imperium. W jej następstwie w ręce Japończyków dostał się też gen. Percival, który miał jednak więcej szczęścia od tysięcy swych brytyjskich, indyjskich i australijskich podkomendnych, którzy nie przetrwali koszmaru niewoli. Wraz z końcem wojny Arthur Percival został wyciągnięty przez amerykańską OSS z obozu jenieckiego w Mandżurii, w którym był przetrzymywany wraz z innymi wysoko postawionymi więźniami, aby wziąć udział w akcie podpisania kapitulacji Japonii, do czego doszło na pokładzie pancernika USS Missouri 2 września 1945 r. Po wojnie przewodził stowarzyszeniu brytyjskich jeńców wojennych Dalekiego Wschodu (ang. Far East Prisoners of War, FEPOW), działając na ich rzecz. Generał musiał się też mierzyć z falą krytyki, choć nie brakowało bardziej przychylnych mu głosów, które za upadek Singapuru w większym stopniu obarczały władze w Londynie, które zaniedbały obronę swych azjatyckich posiadłości. Według przywołanego tu Geoffreya Regana było to pokłosiem powszechnego wśród Brytyjczyków przeświadczenia o swojej wyższości nad Japończykami, uważanymi za budzących politowanie słabych ludzi, którzy nieudolnie próbowali kopiować zachodnie towary. Kierowanie się jednak stereotypowym myśleniem jest bezwartościowe z punktu widzenia wojskowego lub, w szerszym ujęciu, geopolitycznego. Bolesna dla aliantów kampania o Malaje i Singapur, o czym przypomina podniszczony Union Jack w londyńskim muzeum, jest lekcją historii, o której warto pamiętać również współcześnie, w dobie pełnej napięć rywalizacji mocarstw.

Opublikowano Historia, Stosunki międzynarodowe, Wojskowość | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Historia pewnej flagi – o upadku Singapuru w roku 1942 została wyłączona

Na straży amerykańskiego nieba – William R. Kordas (1919-1992)

Dzieje Stanów Zjednoczonych wiążą się z losami Polaków, mieszkających w Ameryce Północnej. Pierwsi spośród nich postawili stopę na kontynencie amerykańskim już na początku XVII w., półtora wieku przed powstaniem państwowości USA. Kolejne stulecia przyniosły następne fale emigracji z terenów Polski. Nasi rodacy, przybyli z Europy lub urodzeni już w Ameryce, przyczynili się do budowy amerykańskiej gospodarki, działając też w tamtejszej polityce oraz służąc w siłach zbrojnych USA. W tej ostatniej roli odnalazł się William R. Kordas, mój krewny z New Hampshire i bohater niniejszej opowieści.

Lt Col William Richard Kordas (1919-1992)
(z archiwum rodzinnego Władysława „Billa” Kordasa)

William przyszedł na świat 25 sierpnia 1919 r. w polskiej rodzinie w Taunton w Massachusetts. Jego ojcem był Stanisław Kordas (1889-1975), który pochodził z Hałuszczyniec w powiecie Skałat w pobliżu Tarnopola, w dawnej Galicji, która wchodziła wówczas w skład monarchii austro-węgierskiej. Stanisław wyemigrował w 1912 r. do USA, a cztery lata później ożenił się tam z Joanną Patron (1893-1965). Stanisław i Joanna znaleźli się wśród fali wielu naszych rodaków, którzy przed I wojną światową opuścili ubogą galicyjską wieś, emigrując za chlebem do odległej Ameryki.
Warto przy tym wyjaśnić, iż Stanisław był bratem mojego pradziadka Jakuba Kordasa (1886–1981). Tym samym William był kuzynem mojego dziadka Władysława (1914-2008). Dopełniając ów wątek rodzinny, należy wspomnieć, iż William, który jest głównym bohaterem tej opowieści, poślubił w 1944 r. Elizabeth Jane „Betty” Frost (1920–2009), z którą miał troje dzieci.

William Kordas zawodowo związał się z lotnictwem wojskowym, wstępując pod koniec lat 30. do Korpusu Powietrznego Armii Stanów Zjednoczonych (U.S. Army Air Corps), przekształconego w 1941 r. w Siły Powietrzne Armii Stanów Zjednoczonych (U.S. Army Air Force, USAAF). Dopiero we wrześniu 1947 r. formacja ta została wyodrębniona z wojsk lądowych jako osobny rodzaj sił zbrojnych i przemianowana na Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych (U.S. Air Force, USAF), pod którą to nazwą jest znana do dzisiaj.
Okres ponad 30 lat służby Williama przypadł na wyjątkowo gwałtowne dzieje. Najważniejszym wydarzeniem, które zmieniło oblicze świata, była II wojna światowa, do której USA przystąpiły w grudniu 1941 roku, po ataku Japonii na Pearl Harbor. Czas wojennej zawieruchy William spędził jednak na kontynencie amerykańskim, służąc w stacjonujących tam jednostkach USAAF. Kolejnym burzliwym rozdziałem historii była zimna wojna, czyli pełna napięć rywalizacja supermocarstw, która nierzadko doprowadzała również do regionalnych konfliktów zbrojnych. William Kordas trafił wówczas w szeregi Wojsk Powietrznych Gwardii Narodowej swego macierzystego stanu (New Hampshire Air National Guard, NH ANG). Warto dodać, iż zgodnie z duchem dawnej tradycji wywodzącej się od lokalnych milicji z epoki kolonialnej, tego rodzaju formacje podlegają władzom stanowym. W razie potrzeby mogą one jednak na rozkaz prezydenta Stanów Zjednoczonych dołączyć do regularnych jednostek USAF.

Samolot myśliwski North American F-86L „Sabre Dog” o numerze 53-0925 w barwach 133d Fighter-Interceptor Squadron (133d FIS) w 1959 r., wchodzącego w skład NH ANG. W latach 50. zadaniem tej jednostki, w której służył William Kordas, była obrona powietrzna New Hampshire. (fot. Col. Paul Smith / Granite Wings: A History of the New Hampshire Air National Guard 1947–1998)

Czas ten był też szczególny pod względem dynamiki zmian w lotnictwie. Wraz z końcem II wojny światowej nastąpił bowiem gwałtowny rozwój techniki rakietowej oraz silników odrzutowych. Biura konstrukcyjne na całym świecie wręcz prześcigały się wprowadzając kolejne rozwiązania tak w zakresie techniki napędowej, jak i w konstrukcji płatowców. Entuzjazm związany z pojawieniem się samolotów odrzutowych, które zastępowały dużo wolniejsze od nich maszyny o napędzie tłokowym, znalazł też wyraz w ukutym pod koniec lat 40. pojęciu „Jet Age”. Era odrzutowców, jak też można tłumaczyć ów termin, była też jednak okresem bardzo wymagającym dla ludzi lotnictwa. Pojawiające się wówczas pionierskie wręcz konstrukcje były bowiem cokolwiek awaryjne. Szybkie tempo wprowadzania nowych typów samolotów do służby oraz wdrażania do nich poprawek z pewnością też nie ułatwiał eksploatacji ówczesnych maszyn. William i jego koledzy zajmujący się obsługą techniczną odrzutowców, radził sobie jednak z tymi wyzwaniami. Przynajmniej na tyle, aby w sierpniu 1956 r. pojawić się w wydaniach The National Guardsman oraz The Air Reservist, magazynach poświęconych Gwardii Narodowej. Okazją ku temu była wymiana silnika w samolocie szkolno-treningowym Lockheed T-33 dokonana w rekordowym wówczas czasie 8 min. 55 sek. przez podkomendnych Williama. Osiągnięcie to zostało dokonane podczas służby w 133 Dywizjonie Myśliwskim (133d Fighter-Interceptor Squadron). Kilka lat później jednostka ta zmieniła swój charakter, zajmując się od 1960 r. transportem powietrznym. W 1975 r. jej rola uległa kolejnej zmianie, co znalazło wyraz w przemianowaniu jej na 133 Dywizjon Tankowania Powietrznego (133d Air Refueling Squadron), podlegający obecnie pod 157 ARW (157th Air Refueling Wing).

W trakcie swej służby William R. Kordas doszedł do rangi podpułkownika (Lt Col). Polski odpowiednik tego stopnia (ppłk) uzyskał w tym samym czasie po drugiej stronie oceanu jego kuzyn Władysław Kordas, będący w latach 1961–66 komendantem poligonu noszącego wówczas nazwę Filii Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Ustce (obecnie – Centralny Poligon Sił Powietrznych Ustka). Ironicznym zrządzeniem losu dwaj jakże bliscy sobie krewni znaleźli się nie tylko po przeciwnych stronach zimnowojennej barykady, ale też i w zwalczających się rodzajach wojsk, albowiem mój dziadek Władysław służył w Wojsku Polskim w artylerii przeciwlotniczej. I chociaż ludzkość przynajmniej kilka razy stawała na krawędzi kolejnej wojny światowej, żeby tak wspomnieć napięcia towarzyszące wojnie koreańskiej, kryzysowi berlińskiemu (1961) lub kubańskiemu (1962), to jednak do bezpośredniej zbrojnej konfrontacji pomiędzy NATO a Układem Warszawskim nigdy nie doszło. Tym samym obaj bliscy krewni uniknęli ewentualnego spotkania na polu walki. Mimo to nie było niestety zbytnio możliwości do podtrzymywania bliższych kontaktów pomiędzy obu kuzynami. Utrzymywanie choćby rodzinnej korespondencji z amerykańskim oficerem w warunkach PRL groziło bowiem mojemu dziadkowi poważnymi konsekwencjami. Na odnowienie relacji rodzinnych przyszedł czas dopiero na przełomie lat 80. i 90., wraz ze zmianą politycznego klimatu w Polsce i na świecie.

Paradoksalnie, czas ten, kiedy rywalizacja pomiędzy USA a ZSRR dobiegała końca, budził pewien niepokój pośród amerykańskich wojskowych, którzy stanęli w obliczu cięć budżetowych i likwidacji części jednostek wojskowych. Wśród tych, którzy sprzeciwiali się tego rodzaju zmianom, był właśnie William Kordas, który waz z majorem Edwinem C. MacNeilem oraz dwustu innymi osobami utworzył w styczniu 1989 r. komitet na rzecz ocalenia bazy lotniczej w Pease, która według planów USAF miała zostać zamknięta w ramach oszczędności do końca 1991 r. Działalność sformowanego w ten sposób Save the Pease Committee spotkała się z zainteresowaniem ówczesnej prasy, czego przykładem był artykuł opublikowany 13 listopada 1989 r. w New Hampshire Union Leader / New Hampshire Sunday News. Tekst ten, zatytułowany „Emerytowani wojskowi walczą o Pease” (ang. Retired Military Personnel Keeping Up Fight for Pease), zawiera wiele wypowiedzi owego gremium broniącego miejscowej bazy. Wśród zaprezentowanych argumentów technicznych i taktycznych, jakie wytoczyli dawni wojskowi, znajduje się uwaga, iż koncentracja lotnictwa w niewielkiej ilości baz, jakie zostaną po zlikwidowaniu części lotnisk, osłabi potencjał obronny kraju. Wynikało to z ryzyka poniesienia znacznych strat w przypadku skutecznego ataku na te nieliczne pozostałe instalacje. Swoją troskę o stan obrony USA wyraził w przytoczonym artykule również Lt Col William Kordas. Ten emerytowany już wtedy weteran lotnictwa przekonywał, że Ameryka została uśpiona w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, jakie nastąpiło wraz z dramatycznymi zmianami wprowadzonymi w ZSRR przez Michaiła Gorbaczowa. William nie krył przy tym też swego nastawienia, będącego mieszaniną sceptycyzmu i pewnej dozy życzliwości, jakie miał wobec popularnego radzieckiego przywódcy. Pomimo tego, że z osobą Gorbaczowa wiązano wówczas duże nadzieje na Zachodzie, to jednak zdaniem Williama polityk ten mógł w każdej chwili zostać pozbawionym stanowiska, co też niosło groźbę powrotu zimnowojennego zagrożenia. W latach 90. mogło się wydawać, że obawy te były przesadzone, gdyż będąca następcą ZSRR Federacja Rosyjska była długo pogrążona w poważnym kryzysie, przez co nie była ona postrzegana jako realne zagrożenie dla państw zachodnich. Widoczna na początku XXI wieku aktywność Moskwy w różnych rejonach świata i próby rosyjskiej ekspansji w Europie Środkowo-Wschodniej oraz związane z tym napięcie międzynarodowe, być może największe od czasów kryzysu kubańskiego, pokazują jak wiele słuszności miała grupa doświadczonych wojskowych z New Hampshire u kresu zimnej wojny.

Od 1975 r. dywizjon, w którym służył William, zajmuje się tankowaniem w powietrzu. Przemianowana na 133d Air Refueling Squadron jednostka jest częścią 157th Air Refueling Wing. Na zdjęciu latająca cysterna KC-135 Stratotanker podaje paliwo bombowcowi B-1A Lancer. (z archiwum rodzinnego Władysława „Billa” Kordasa)

Ostatecznie baza Sił Powietrznych Pease została zamknięta, choć istniejące lotnisko działa nadal na potrzeby ruchu cywilnego. Niewielka część dawnej Pease AFB została jednak przekazana lokalnej Gwardii Narodowej, przez co obecnie stacjonuje tam jedna z jednostek lotniczych stanu New Hampshire, którą jest wspomniane uprzednio 157 ARW.

Bohaterowi niniejszego wspomnienia nie dane było jednak zbytnio śledzić przeobrażeń, jakie stały się udziałem świata po zakończeniu zimnej wojny. William R. Kordas zmarł bowiem 28 stycznia 1992 r. w wieku 72 lat. Do końca swych dni pozostał jednak oddany lotniczej pasji oraz wierny sprawom amerykańskiego bezpieczeństwa narodowego, pamiętając też jednak o dalekiej, polskiej ojczyźnie swych rodziców.

Chciałbym wyrazić podziękowania dla Władysława „Billa” Kordasa za nieocenioną pomoc w opracowaniu niniejszego wspomnienia.

Opublikowano Historia, Sylwetka, Wojskowość, Wspomnienie | Otagowano , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Na straży amerykańskiego nieba – William R. Kordas (1919-1992) została wyłączona

O naprawie zasilania w A600, grafice komputerowe j i grach – 18 numer K&A Plus

Tegoroczne lato powoli się już kończy, coraz szybciej zapada zmrok. Wydłużające się wieczory warto wypełnić sobie wartościową lekturą, a w szczególnością tą, która traktuje o dawnych komputerach. Przechodząc do konkretów, zachęcam do tego, aby zajrzeć do 18 numeru magazynu „K&A plus”.

Naprawa komputera Amiga 600 – montaż kondensatora C304, który wraz z polem lutowniczym odpadł od płyty głównej

Tematem przewodnim tej edycji jest grafika komputerowa, choć nie brakuje w niej opisów oraz doniesień ze świata gier dla komputerów Commodore i Amiga. Tu można wspomnieć o Fury of the Furries, wielkim przeboju z lat 90., który przybliżył Radian na łamach magazynu. Rozmiłowanym w geopolitycznych rozgrywkach, toczonych przez mocarstwa, polecić należy Balance of Power, którą przybliżył Juan. Jest to wydana w drugiej połowie lat 80. gra strategiczna, której autorem był Chris Crawford. Pozycja ta może być prawdziwą gratką dla znawców zimnowojennego konfliktu, która też osiągnęła w owym czasie spory sukces, jakim była kwota 10 mln. dolarów amerykańskich zarobionych na tej grze. Poruszając się w temacie rozrywki wspomnę jeszcze o swoim opisie Cabaret Asteroids, znakomitym porcie Asteroids, który dla komputerów Amiga wykonał Kris „JPN” Schulte. Dzięki tej produkcji już nawet na „małych” amigach z procesorem MC68000 (m. in. A500, A500+, A600) można poczuć odrobinę klimatu, jaki panował w salonach gier komputerowych na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku. Zresztą historia oryginalnych Asteroids, wydanych przez Atari w 1979 r., w tym także ustanawianych w tej grze rekordów oraz niezliczonych tytułów, które na niej bazowały, jest na tyle interesująca, iż zasługuje na osobny artykuł. Skoro mowa o dziejach komputerów i ich rozwoju, to obowiązkowo należy wspomnieć o wywiadzie, jaki Tomxx przeprowadził z Davem Haynie, głównym inżynierem Commodore. Z tej obszernej rozmowy można się sporo dowiedzieć o losach, ale też o atmosferze jaka panowała w firmie, która zyskała sławę dzięki C64 i Amidze, a także o projektach, w których uczestniczył Dave oraz o jego spojrzeniu na współczesny sprzęt, jak również na przedsięwzięcia retrokomputerowe.


W numerze opis naprawy Amigi 600, w której niesprawny był port szeregowy RS-232 (zdjęcie z lewej – złącze DB-25M) oraz dźwięk (wyprowadzony poprzez dwa złącza RCA). Przyczyną  problemów była uszkodzona ścieżka przy gnieździe zasilania, oznaczonego symbolem CN8 (zaprezentowane na zdjęciu z prawej).

Wywiad ten zahacza też o kwestię utrzymania dawnych komputerów. Amigowcom w sukurs może przyjść w tym obszarze moje opracowanie zatytułowane Utracony potencjał: naprawa A600. W tekście tym zawarłem swoje doświadczenia z naprawy A600, w której szwankował dźwięk oraz brakowało transmisji danych poprzez port szeregowy, a dodatkowo został też odnotowany w programie SysInfo V4.0 spadek mocy obliczeniowej. Okazało się, że przyczyną tych problemów było uszkodzenie na płycie głównej jednej ze ścieżek przy gnieździe zasilania, doprowadzającej potencjał +12 V. Odtworzenie uszkodzonej ścieżki, a oprócz tego przylutowanie kondensatora, który odpadł po otwarciu obudowy komputera, stanowiło swego rodzaju wyzwanie. Było ono tym większe, iż płyta główna Amigi 600 wykonana została w technologii montażu powierzchniowego (SMT). Szczęśliwie, dzięki udostępnionemu schematowi elektrycznemu płyty głównej A600, a także poradnikom znalezionym na YouTube, takim jak Poradnik: Lutowanie elementów SMD oraz Amiga 600 Capacitor Replacement, nawet osoba, która rzadko chwyta za lutownicę, będzie mogła samodzielnie wykonać tego rodzaju naprawę. Oczywiście wymagany jest odpowiedni sprzęt i materiały, aczkolwiek cała operacja może zostać przeprowadzona w domowych warunkach.

Zagadnienia te szerzej opisane są we wiosenno-letnim wydaniu „K&A plus”, w którym coś dla siebie znajdą też entuzjaści Raspberry Pi (Moje boje z Amigą 400 autorstwa Don Rafito), a przede wszystkim gracze, za sprawą licznych opisów gier.

Pełen spis treści 18 numeru K&A Plus znajduje się na witrynie magazynu, na której można też zakupić zaprezentowane tutaj wydanie
Opublikowano Informatyka | Otagowano , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania O naprawie zasilania w A600, grafice komputerowe j i grach – 18 numer K&A Plus została wyłączona

Amigowy serwer z poznańskiego Poligrodu

Październik to miesiąc oznaczający powrót studentów do zajęć w związku z początkiem nowego roku akademickiego. Dla absolwentów jest to być może okazja, aby powspominać lata spędzone na uczelniach oraz w akademikach. W tych ostatnich, kojarzonych zazwyczaj z bujnym życiem studenckim, bywają też niekiedy realizowane dość ambitne projekty. Takim przedsięwzięciem był serwer bazujący na Amidze 1200, który działał na początku tego stulecia w Domu Studenckim nr 6 na poznańskim Poligrodzie.

Na wspólnym zdjęciu z Łukaszem „Larchem” Wajnertem (z prawej) oraz z płytą główną Amigi 1200, która stanowiła podstawę serwera działającego w trakcie studiów na Politechnice Poznańskiej. Fot. Łukasz „Larch” Wajnert

Chociaż pierwsze lata XXI w. nie wydają się obecnie jakąś odległą epoką, to jednak potrzeba chwili namysłu, aby przywołać krajobraz technologiczny tamtych czasów. Internet, z którego można dziś korzystać niemal na terenie całego kraju, wówczas się dopiero popularyzował. Co prawda medium to nie było już wtedy jakimś dobrem luksusowym, to jednak dostęp do niego w dalszym ciągu nie był oczywisty. Obrazują to Wskaźniki społeczeństwa informacyjnego publikowane przez GUS. Według danych zebranych podczas tych badań, w 2004 roku tylko 26% gospodarstw domowych posiadało dostęp do Internetu, a zaledwie 8% cieszyło się łączami szerokopasmowymi. Taki stan rzeczy wiązał się z zastosowaniem modemów telefonicznych na użytek domowy czy też popularność kawiarenek internetowych, z których usług korzystało się też na Zachodzie. Dla wielu młodych ludzi, pragnących – jak się to wówczas mówiło – „surfować po Internecie”, bramę do ogólnoświatowej sieci stanowiły szkoły lub uczelnie wyższe. To właśnie dzięki studiom rozpoczętym w październiku 2000 r. na Wydziale Elektrycznym Politechniki Poznańskiej miałem okazję szerzej zapoznać się z technologiami sieciowymi, a także poznać bohatera niniejszego wpisu, którym jest Łukasz „Larch” Wajnert, mój kolega z grupy z kierunku Elektrotechniki. Uczciwie trzeba przyznać, że na naszym roku można było poznać wiele utalentowanych i wartościowych postaci. Tym, co jednak wyróżniało Larcha z tego grona była jego Amiga 1200, sprawnie działająca w jego pokoju w akademiku.

Dom Studencki nr 6 na Poligrodzie w Poznaniu. W akademiku tym w pierwszych latach tego wieku działał opisywany serwer. Fot. własne

Komputer ten był prawdziwym ewenementem, gdyż model ten od dobrych kilku lat uchodził już za przestarzały. Długa żywotność tej maszyny była jednak możliwa dzięki karcie rozszerzeń Apollo 1240 z procesorem MC68040 i zegarem 33 Mhz oraz z 48 MB pamięci RAM. Oprócz tego komputer był wzbogacony o napęd CD-ROM, dysk twardy, a przede wszystkim o kartę sieciową. Konfiguracja ta może byłaby imponująca we wczesnych latach 90., ale nie dekadę później, gdy w świecie PC królowały już mikroprocesory Pentium III i 4, pracujące z częstotliwościami liczonymi co najmniej w setkach MHz. Jak się okazało, nawet tak wiekowy sprzęt można było zaprzęgnąć do dość wymagających działań, jakie wiązały się z pracą w roli serwera. Odpowiednio skonfigurowana i podłączona do Internetu Amiga służyła do obsługi poczty elektronicznej, zapewniając też inne formy komunikacji. Mowa tu choćby o powszechnie wówczas stosowanym komunikatorze Gadu-Gadu oraz o wysyłaniu wiadomości przez internetowe bramki SMS, z której to możliwości chętnie korzystali niezamożni z reguły studenci. Ponadto Larch jako entuzjasta IRC (ang. Internet Relay Chat) zajmował się też administrowaniem oraz przejmowaniem kanałów dyskusji oferowanych przez tę popularną niegdyś usługę, tworząc i utrzymując pomocne w tych celach boty. Amigowy serwer znalazł też zastosowanie w jeszcze jednej pasji swego właściciela, jaką były samochody Volkswagen Garbus. To właśnie na tym komputerze powstała i była utrzymywana witryna internetowa garby.prv.pl, którą być może pamiętają jeszcze niektórzy garbusiarze.

Z opowieścią tą wiąże się też jeszcze popularyzacja Linuksa, która szła w parze z coraz szerszym dostępem do Internetu. System ten, użyty w postaci dystrybucji Debian 68k, okazał się być remedium na bolączki, które były związane z funkcjonowaniem serwera pod kontrolą AmigaOS. Pojawiające się bowiem problemy z zasilaniem komputera prowadziły do uszkodzenia systemu plików. Mimo sympatii żywionej do klasycznego systemu operacyjnego Amigi trzeba przyznać, że Linux zdecydowanie lepiej radził sobie z przywracaniem komputera do pracy po takich awariach, zmniejszając też problem utraty danych, a przy tym oferując dużo szerszą gamę serwerowych narzędzi.
Umiejętności uzyskane podczas konfiguracji i administrowania własnym serwerem przydały się później Larchowi w toku pracy zawodowej. Linux, choć nie podbił świata komputerów biurowych i domowych jako realna alternatywa dla MS Windows, sprawdza się dziś jako system operacyjny serwerów oraz urządzeń sieciowych, będąc też cenionym przez część programistów. Amiga, pociągnięta na dno w 1994 r. bankructwem nadrzędnej wobec niej firmy Commodore, powróciła na fali zainteresowania dawnymi komputerami, dobrze osadzając się w retrokomputerowej niszy.

Płyta główna A1200

Płyta główna A1200, jedna z nielicznych pozostałości po serwerze z akademika. Fot. Łukasz „Larch” Wajnert

A co zostało po serwerze, który ukradkiem pracował przez niemal dwa lata w DS6 na poznańskim Poligrodzie? Od strony technicznej jest to tylko płyta główna A1200, nadal przechowywana przez jej właściciela, a także niekompletny mirror witryny garby.prv.pl, dostępny w serwisie Wayback Machine. Do tego też dochodzi pamięć o nieodległej epoce, gdy Internet jeszcze nie przerastał ludzi, choć zaczynał już ich od siebie oddzielać, jak również wspomnienia z nieco swobodnych studenckich czasów, gdy realizowało się niekonwencjonalne niekiedy pomysły. W każdym razie należy przynajmniej odnotować kolejny przypadek zastosowania Amigi, zwanej częstokroć „maszynką do gier”, do pełnienia dość zaawansowanych zadań.
Historia amigowego serwera z Politechniki Poznańskiej, wraz z podanymi przez Larcha szczegółami technicznymi, została szerzej opisana w 16 numerze magazynu Komoda & Amiga plus, dostępnym na witrynie ka-plus.pl. Wydanie to ukazało się w sierpniu tego roku.

Historia serwera opartego na A1200, który w czasie studiów na Politechnice Poznańskiej prowadził w akademiku Łukasz „Larch” Wajnert, została przedstawiona w numerze 16 magazynu „K&A plus”, w artykule zatytułowanym „Z czeluści akademików Politechniki Poznańskiej, czyli A1200 jako serwer”.

Opublikowano Informatyka | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Amigowy serwer z poznańskiego Poligrodu została wyłączona

Cud pod Dunkierką roku 1940

Mogłoby się wydawać, iż wielkie wydarzenia dziejowe, których pomyślny przebieg przypisywany jest Opatrzności, są tylko polską specjalnością. Nic nie ujmując naszemu tradycyjnemu patriotyzmowi należy jednak odnotować, iż również w społeczeństwach zachodnich, na których światopogląd dużo większy wpływ miał sceptycyzm i racjonalizm, wciąż żywe są wspomnienia o przełomowych momentach historii określanych mianem cudów. Jednym z nich jest ewakuacja wojsk sprzymierzonych spod Dunkierki, która miała miejsce na przełomie maja i czerwca 1940 r.

Dunkierka, 26 - 29 maja 1940 r.

Żołnierze brytyjscy oczekujący na plaży w pobliżu Dunkierki na ewakuację. Fotografia wykonana w dniach 26 – 29 maja 1940 r. Fot. Imperial War Museums / Wikimedia Commons (Public Domain)

Co ciekawe, ewakuacja spod Dunkierki wcale też nie jest jedynym wydarzeniem z historii najnowszej określanym na Zachodzie mianem cudownego. Tak jest też nazywana bitwa stoczona na przedpolach Paryża na początku września 1914 r. Mowa tu o pierwszej bitwie nad Marną, kiedy to szalę zwycięstwa na korzyść Ententy miało przeważyć przerzucenie żołnierzy paryskiego garnizonu za pomocą stołecznych taksówek. Chociaż w opinii części historyków rola tego słynnego manewru jest wyolbrzymiona, to jednak miał on ogromne znaczenie dla podtrzymania morale wojsk i społeczeństwa francuskiego, będąc symbolem narodowej jedności w obliczu wrogiej agresji. Z pewnością bitwa ta przesądziła o załamaniu się pierwotnego planu wojennego Niemiec, liczących wówczas na szybkie pokonanie Francji.

Wracając na plaże Dunkierki, to z pewnością warto wspomnieć o przeboju kinowym z 2017 wyreżyserowanym przez Christophera Nolana. Zręcznie zrealizowana przez niego Dunkierka, nie była jednak wolna od pewnych uproszczeń. Z drugiej strony trudno jednak oczekiwać, aby w trwającym raptem sto minut dramacie filmowym zawarto wszystkie aspekty rozciągniętej na ponad półtora tygodnia operacji wojennej. Jeden z głosów krytycznych odnośnie filmu, z jakim można było się spotkać, wskazywał na to, że mieszkańcy Zachodniej Europy byli kilkadziesiąt lat temu dużo bardziej religijni niż obecnie, co też zostało w zasadzie przemilczane w dziele Nolana. O tym, że faktycznie jest coś na rzeczy, świadczy choćby decyzja króla Jerzego VI, który ogłosił 26 maja 1940 roku Narodowym Dniem Modlitwy (ang. National Day of Prayer). Brytyjski monarcha w transmitowanym na cały kraj przemówieniu wezwał poddanych, aby ci w duchu pokuty zwrócili się do Boga z prośbą o Bożą interwencję. Czas ku temu był odpowiedni, jako, że nad drugim brzegiem kanału La Manche zawisło widmo klęski Wielkiej Brytanii w trwającej II wojnie światowej. Oto bowiem, w wyniku toczącej się na kontynencie bitwy o Francję, wojska alianckie zostały przecięte na dwie części, z czego jedna, licząca szacunkowo 400 tysięcy żołnierzy, została zamknięta w kotle w rejonie Dunkierki. W potrzasku znalazł się Brytyjski Korpus Ekspedycyjny (ang. British Expeditionary Force, BEF), który wraz z dziesiątkami tysięcy francuskich sojuszników został okrążony przez wojska niemieckie. Czy sytuacja, w jakiej znalazły się tak liczne siły sprzymierzonych, faktycznie stanowiła dla aliantów zagrożenie? W tym momencie należy wspomnieć o upadku Singapuru, który nastąpił niecałe dwa lata później, w połowie lutego 1942 r., a z czym związana jest największa kapitulacja wojsk brytyjskich w dziejach. Wtedy to do niewoli pomaszerowało blisko 80 tys. żołnierzy alianckich, którzy ulegli ponad dwukrotnie mniej licznym wojskom japońskim. Jak widać nawet tak znaczące siły nie są w stanie zachować zbyt długo zdolności bojowej, jeśli zostaną odcięte od potrzebnego im do walki zaopatrzenia. Groźba unicestwienia BEF była więc jak najbardziej realna.

National Day of Prayer, 1940

Brytyjczycy zgromadzeni przed opactwem westminsterskim w Londynie podczas Narodowego Dnia Modlitwy. Fot. http://anglican.ink/

Wspomniany apel króla spotkał się szerokim odzewem Brytyjczyków oraz pozostałych mieszkańców imperium, którzy milionami nawiedzili świątynie, wzywając w modlitwach pomocy. Osobisty przykład dał też zresztą sam władca, który wraz z przedstawicielami rządu udał się do opactwa westminsterskiego. W tym momencie należałoby oddać głos publicystom związanym z Kościołem anglikańskim oraz z innymi wspólnotami chrześcijańskimi z Wysp Brytyjskich. Ci przytaczają szereg zdarzeń, będących w ich opinii przejawami nadprzyrodzonej opieki, jaka została rozpostarta nad grosem wojsk otoczonych w rejonie Dunkierki. Jedną z nich miała być potężna burza, która przechodząc nad Flandrią w dniu 28 maja uziemiła całe eskadry Luftwaffe, pozwalając jednocześnie wielu brytyjskim żołnierzom przedostać się w strugach deszczu i pod osłoną nocy do miejsc ewakuacji. Mimo tych zawirowań pogodowych wody kanału La Manche pozostały niespotykanie spokojnie, co też pozwoliło armadzie okrętów wojennych oraz niezliczonej flotylli małych, prywatnych jednostek dostać się do nadbrzeży i w pobliże plaż, zabierając na swe pokłady żołnierzy. Ci ostatni zresztą mieli się też cieszyć niekiedy zadziwiającą ochroną przed działaniami wroga. W jednym przypadku grupa blisko czterystu wojskowych miała zostać zaatakowana przez formację około sześćdziesięciu samolotów niemieckich. Po ustaniu nalotu jeden z żołnierzy ze zdziwieniem odkrył, że nie zginął żaden z jego towarzyszy broni będących celem tego ataku. Wspomniany jest też kapelan, który w podobny sposób znalazł się pod ogniem bomb i karabinów maszynowych niemieckich lotników. Kiedy wstał, zauważył, że plaża wokół niego jest usłana dziurami po kulach, które wręcz obrysowały jego postać.

Jak można się domyślać, przedstawianych jest szereg racjonalnych argumentów, stanowiących wyjaśnienie dla niektórych z tych fenomenów. Piasek znajdujący się na plażach i wydmach miał skutecznie tłumić eksplozje bomb lotniczych oraz pocisków artyleryjskich, chroniąc tym samym żołnierzy przed skutkami ostrzału. Oprócz tego Wielka Brytania rzuciła do akcji pokaźne siły powietrzno-morskie, które sprawnie powstrzymywały wroga. Co prawda brytyjscy żołnierze uskarżali się na brak osłony powietrznej nad Dunkierką – czego echo dało się też słyszeć we wspomnianym filmie Nolana – to jednak Królewskie Siły Powietrzne (RAF) w rzeczywistości wysłały do walki liczne eskadry myśliwskie, bombowe, a także samoloty ochrony wybrzeża. Maszyny te osłaniały alianckie jednostki pływające, zwalczały wrogie samoloty, atakowały niemieckie okręty podwodne oraz kutry torpedowe, a także bombardowały siły Wehrmachtu znajdujące się w rejonie Dunkierki. Według danych RAF-u w toku całej operacji Dynamo, którym to kryptonimem określono ewakuację wojsk z kontynentu, lotnictwo Wyspiarzy miało wykonać ponad 2,7 tys. lotów myśliwskich, 651 bombowych, a do tego 171 rozpoznawczych. W walkach powietrznych Brytyjczycy stracili 106 maszyn, donosząc jednocześnie o zniszczeniu aż 262 samolotów niemieckich. Działania powietrze wokół Dunkierki dały też obu stronom szerszą okazję do przeprowadzenia walk z udziałem brytyjskiego myśliwca Supermarine Spitfire, a ich rezultat był zwiastunem późniejszych kłopotów Niemiec w trakcie bitwy o Anglię.

Supermarine Spitfire Mk Ia
Supermarine Spitfire Mk Ia z dywizjonu 609 RAF, maszyna eksponowana w Imperial War Museum w Londynie. Walki nad Dunkierką były pierwszym znaczącym sprawdzianem dla tych słynnych brytyjskich myśliwców. Fot. własne

W całej tej opowieści o cudzie pod Dunkierką bodaj najtrudniejszą do wytłumaczenia zagadką jest jednak rozkaz zatrzymania natarcia, jaki swym wojskom wydał 24 maja 1940 r. kanclerz Niemiec Adolf Hitler. Na przestrzeni lat próbowano na wiele sposobów wyjaśnić tę niezrozumiałą decyzję. Zgodnie z jedną z hipotez, która dziś jest zasadniczo odrzucana przez badaczy, rozkaz ten był sygnałem, wysłanym przez Berlin w stronę Londynu, mającym przygotować grunt pod zawarcie rozejmu. W takim układzie zagłada brytyjskich żołnierzy miała zniweczyć wszelkie szanse na rokowania, w rezultacie których Zjednoczone Królestwo miało się wycofać z wojny. Inne teorie odwołują się do doświadczeń wyniesionych z walk na froncie zachodnim podczas I wojny światowej, w których też uczestniczył przyszły przywódca III Rzeszy. Zapamiętano wówczas jak nieustępliwym przeciwnikiem były wojska brytyjskie, a także, jak trudnym terenem było pogranicze francusko-belgijskie. Niepewność niemieckiego dowództwa miały też budzić walki w miejskiej zabudowie Dunkierki, do której prawdopodobnie doszłoby przy próbie zepchnięcia Brytyjczyków do morza. Obawiano się, że w takich dogodnych do obrony warunkach znaczna część użytej przy natarciu broni pancernej, potrzebnej również do dalszych podbojów, zostanie zniszczona. Niepokój ten był uzasadniony, biorąc choćby pod uwagę straty, jakie niemiecka 4 Dywizja Pancerna poniosła we wrześniu 1939 r. w Warszawie podczas wysoce niefortunnych dla tej jednostki walk o Ochotę i Wolę.

Prawdopodobnie najbardziej satysfakcjonujące wyjaśnienie zatrzymania się Niemców pod Dunkierką przedstawił Erik Durschmied w swojej książce Czynnik zwrotny w bitwach od Troi do Zatoki Perskiej, w rozdziale zatytułowanym Der Halte Befehl. Ten wieloletni korespondent wojenny BBC oraz CBS doszedł do wniosku, iż przyczyną zaskakującej decyzji Hitlera był brytyjski kontratak, do którego doszło pod Arras 21 maja 1940 r. Akcja ta została przeprowadzona głównie przez 4 i 7 Królewski Pułk Czołgów. Jednostki te dysponowały 74 czołgami, z których 58 stanowiły wyposażone w karabiny pojazdy Matilda I, a zaledwie 16 było uzbrojonymi w działa i lepiej opancerzonymi maszynami Matilda II. Te skromne w porównaniu do późniejszych bitew pancernych siły okazały się wystarczające, aby według Durschmieda odwrócić losy wojny. Co prawda uderzenie to zostało ostatecznie odparte przez dysponujących wsparciem Luftwaffe Niemców, to jednak początek bitwy był bardzo obiecujący. Brytyjskie czołgi wdarły się w głąb niemieckiego korytarza, który rozdzielił wojska aliantów, rozbijając przy tym kolumnę zaopatrzenia i zmuszając do odwrotu część niemieckich oddziałów. Z pola walki uchodzić musiał sam Erwin Rommel, wówczas jeszcze w stopniu generała majora, zmuszony też po raz pierwszy w trakcie kampanii francuskiej do obrony. O zaciętości walk świadczy też fakt, iż ten owiany późniejszą legendą niemiecki dowódca stracił tego dnia wielu swych ludzi, w tym także adiutanta, zabitego przez jeden z eksplodujących pocisków. Żołnierz ten zginął, kiedy czytał akurat mapę. Następnego dnia wyczerpani Brytyjczycy wycofali się, aby uniknąć okrążenia ze strony Niemców, którzy z czasem pozbierali się po początkowym szoku. Bitwa pod Arras, mimo ostatecznego niepowodzenia, okazała się jednak mieć dużo większe znaczenie, niż to się wydawało jej uczestnikom oraz planistom. Wywołała ona bowiem popłoch w kwaterze Hitlera, który sam długo nie był w stanie się otrząsnąć po akcji brytyjskich czołgów. Führer, obawiając się dalszych kontrataków i rosnących strat w pojazdach pancernych, rozkazał zatrzymać się swym czołgom, przystając jednocześnie na propozycję marszałka lotnictwa Hermanna Göringa. Ten ostatni obiecał unicestwić BEF z powietrza, który to plan, jak już wspomniano, zakończył się fiaskiem. To niepowodzenie, a przede wszystkim wstrzymanie natarcia wojsk niemieckich, pozwoliło aliantom przeprowadzić skuteczną ewakuację. Być może w kontekście monumentalnych batalii na froncie wschodnim, takich jak bitwa o Stalingrad lub starcie na łuku kurskim, które pochłonęły gigantyczną liczbę ofiar, trudno uwierzyć, aby akcja wykonana przez kilkadziesiąt czołgów mogła zadecydować o losach wojny. Wygląda jednak na to, że póki co jest to najbardziej przekonywujące racjonalne wyjaśnienie tajemnicy Dunkierki.

Matilda 7th RTR, Arras 1940

Brytyjskie czołgi Mk II Matilda o nazwach „Glanton” i „Gloucester” z 7 Królewskiego Pułku Czołgów (7th RTR) w rejonie Arras w 1940 r. Kontratak aliantów w rejonie tej miejscowości wywołał popłoch wśród Niemców, co też doprowadziło do zatrzymania natarcia Wehrmachtu, umożliwiając przy tym ewakuację wojsk wprzymierzonych spod Dunkierki.
Fot. https://www.worldwarphotos.info/

W toczących się dyskusjach wskazuje się też na to, że pokonanie BEF nie było celem strategicznym wojsk niemieckich, które uderzyły na Europę Zachodnią. Wehrmacht miał opanować porty na wybrzeżu i zająć Paryż, doprowadzając do upadku Francji. Brak wyeliminowania Zjednoczonego Królestwa z wojny okazał się ostatecznie kolosalnym błędem, który doprowadził do klęski Niemiec. Wielka Brytania i jej posiadłości, a także okupowane przez aliantów kraje (Islandia, Wyspy Owcze) lub oddane do ich dyspozycji bazy (Azory) stanowiły swoiste przyczółki. Pozwalały one kontrolować szlaki żeglugi, wyprowadzać operacje desantowe oraz atakować z powietrza III Rzeszę i znajdujące się pod jej okupacją terytoria, systematycznie obracając w gruzy niemiecką machinę wojenną. Najwyraźniej świadomi tego byli też generałowie, obecni w tych krytycznych momentach w OKW (niem. Oberkommando der Wehrmacht), naczelnym dowództwie niemieckich sił zbrojnych. Ci z nich, którzy przeżyli wojnę, mieli według Durschmieda później stwierdzić, że 24 maja 1940 roku, gdy Hitler wydał der Haltebefehl, rozkaz zatrzymania wojsk, był dniem, w którym Niemcy przegrały II wojnę światową. III Rzesza próbowała jeszcze się pozbyć Brytyjczyków, podejmując choćby słynną powietrzną bitwę o Anglię lub intensyfikując morskie walki o Atlantyk. Kampanie te, mimo poważnych trudności sprawionych aliantom, nie stanowiły już jednak realnego zagrożenia, które miałoby doprowadzić do kapitulacji Londynu.

Niezależnie od chłodnych analiz, przeżycia i wydarzenia, jakie stały się udziałem stłoczonych na dunkierskim wybrzeżu żołnierzy, dały im poczucie szczególnej, wręcz nadprzyrodzonej opieki. Znalazło to też wyraz w przemówieniu, które 2 czerwca wygłosił Walter Matthews, dziekan katedry św. Pawła. Duchowny, który jako pierwszy określił skutecznie przeprowadzoną ewakuację mianem „cudu pod Dunkierką”, ujmując to następująco.

Zapamiętane zostało, iż arcybiskup Canterbury ogłosił, że Narodowy Dzień Modlitwy może być punktem zwrotnym oraz to, że dla wielu było oczywistym, iż Bóg odpowiedział na wspólną modlitwę narodu poprzez »cud pod Dunkierką«. Dowód Bożej interwencji był oczywisty dla tych wszystkich, którzy chcieli go dostrzec; gazety pisały o spokojnym morzu oraz o wysokiej mgle, która przeszkadzała w celności niemieckich bombowców.

W podobnym tonie utrzymany był artykuł C. B. Mortlocka, opublikowany w „The Daily Telegraph” w przeddzień Narodowego Dnia Dziękczynienia przypadającego na niedzielę 9 czerwca 1940 r. Autor wspomnianego tekstu stwierdził, iż „sam Bóg zastępów wsparł dzielnych ludzi z Brytyjskich Sił Ekspedycyjnych”.
Różnie można interpretować wydarzenia, do jakich doszło na plażach Dunkierki przed 80 laty. Z pewnością nieco zaskakująca może się wydać różnica pomiędzy ówczesną, a dzisiejszą kondycją Zjednoczonego Królestwa. Jak bowiem przyznał wielebny George Conger, amerykański duchowny episkopalny i publicysta powiązany z Kościołem anglikańskim, Wielka Brytania zdaje się być obecnie zupełnie innym krajem niż w okresie II wojny światowej, kiedy to po zakończeniu walk zaczęło się zjawisko odchodzenia społeczeństwa od etosu chrześcijańskiego. Ten proces społeczny jest już jednak tematem na zupełnie odrębne rozważania.

Materiały źródłowe

  1. George Conger, National Day of Prayer at the time of Dunkirk 1940, http://anglican.ink/2015/06/08/national-day-of-prayer-at-the-time-of-dunkirk-1940/ (dostęp 07.07.2020)
  2. David E. Gardner, The Miracle of Dunkirk: “When a nation prayed”, https://www.cufi.org.uk/opinion-analysis/the-miracle-of-dunkirk-when-a-nation-prayed/ (dostęp 07.07.2020)
  3. The RAF’s hard battle to support the evacuation of troops from Dunkirk, https://www.rafbf.org/news-and-blogs/rafs-hard-battle-support-evacuation-troops-dunkirk (dostęp 07.07.2020)
  4. 1940 – 1941, The History of the 4th and 7th Royal Tank Regiments, http://www.4and7royaltankregiment.com/1940-1941/ (dostęp 07.07.2020)
  5. Erik Durschmied, Czynnik zwrotny w bitwach od Troi do Zatoki Perskiej, wyd. 1, Warszawa 1999
  6. Paolo Battistelli, Panzer Divisions: The Blitzkrieg Years 1939–40, Bloomsbury Publishing 2013
Opublikowano Historia, Wojskowość | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | Możliwość komentowania Cud pod Dunkierką roku 1940 została wyłączona